Oszus (szczyt)

Gdybym amatora „Giewontów” chciał przekonać (co trudne) do szukania „innych” górskich recept, zaproponowałbym mu szlak niebieski przez Oszus (słow. Úšust) w Beskidzie Żywieckim (słow. Oravské Beskydy). 

Cisza milczenia

Oszus

Są szczyty w przebiegu wyższe, w obiegu ważniejsze, kuszące obietnicą perspektyw rozległych, rytuałem wschodów, zachodów słońca codziennych, koroną do zebrania w komplet… Lecz nie te teraz wspomnę. Wspomnę te, z którymi potrafię pomilczeć samotnie, bez słów zbędnych w myśli natłoku. Te, gdzie nazbyt nie wysoko, czeka mnie nie przestrzeń zewnętrzna, lecz satysfakcja wewnętrzna.
Tam, gdzie żadne marzenie, żadna tęsknota, żadna namiętność nie mąci już ciszy; gdzie nic się nie porusza, gdzie istnieje tylko milczący bezruch zastygły w wiecznym zadowoleniu.*

Oszus, Oszust…

Góra nie potrafi się zdecydować, jaką jednolicie polską nazwę przybrać w mapach, przewodnikach, sieci czy na etykiecie ostatniego piętra. Do naszego indywidualnego wyboru pozostawia:
a) Oszus – jak w tytule i mapie Google, 
b) Oszust – główne hasło w Wikipedii i na mapach państwowych (geoportal.gov.pl). Poza tym, oj potrafi oszukać,
c) Wysoki Beskid – pierwsza polska, spisana przez Andrzeja Komonieckiego (1658-1729),
c) Uszust – jedyna słuszna, bo inne to zniekształcone, według legendy na rewersie mej leciwej, papierowej mapy turystycznej Beskidu Śląskiego i Żywieckiego z 2000 roku,
e) Oszast – chyba od ponoć cennego (pierwotna puszcza karpacka) rezerwatu przyrody poniżej.

Szczyt szczyci się co najmniej dwoma wierzchołkami. Aby zaliczyć ten ciut wyższy, bez krzyża z ołtarzem w zestawie, trzeba odrobinę zboczyć ze szlaku ku słowackiej stronie.

Chudy Wawrzyciec

Z Oszusem po raz pierwszy miałem sposobność zapoznać się i zmierzyć podczas II edycji biegu „Chudy Wawrzyciec” (80 km) w 2013. Poza nim niewiele z tego startu pamiętam. W końcowej fazie podejścia niemalże każde stąpnięcie wiązało się z uślizgiem. Dwakroć uślizg pchnął mnie 2, 3 m bliżej startu niż mety. Na dłuższą metę zęby bieżnika mych butów okazały się nazbyt słabo gryzące, zważywszy na czterdziestostopniowe nachylenie zdradliwego, zwilżonego na wylot całonocnym opadem podłoża. Dopiero wspomaganie kroków dłońmi (kijami nie niszczę podłoża), pozwoliło wdrapać się na górę.

Podczas zbiegu ja i trzej inni biegacze obok (na mecie było nas więcej) pomyliło trasę. Zamiast pod kątem 90 stopni skręcić w lewo, gdzie szlak niebieski, wespół z granicą i trasą biegu wodził, zwiodło za wstążeczkami od innych zawodów prosto, w głąb Słowacji. Map do telefonów nie dodano jeszcze, podobnie jak roamingu w tym miejscu. Za to jeden z biegaczy dodał do nazwy Oszusta przymiotnik na J z przodu. 

W kolejnych latach kilkakroć mierzyłem się z górą. Wciąż na mnie działa, niczym magnes na igłę z bliska. Za każdym razem, czyli często, przyciągany przez Beskid Żywiecki z dala, myślę o niej w ciszy, marzę lub jak teraz – jestem. 

Każdy dźwiga swój ciężar

Krótko po drugim podejściu, poczytawszy poszukałem. Znalazłem między innymi forum rowerzystów, „pchających” rower na Oszus…, żeby zjechać. Zastanowiło, wręcz zdumiało mnie; ale jak, od której strony, czy nie oszukują Oszusta skręcając w boczną ścieżkę omijającą szczyt bokiem?

W upale końca lipca 2026 spotykam takiego kozaka. Oszus
Wyprzedzam go przed szczytem Świtkowej (słow. Svítková). Kamieniste podejście jest trudnym preludium czegoś trudniejszego, bez kamieni tylu potem. Chwalę jego determinację. On mówi o znoju wspinaczki. Myślę – wszystko, co „najlepsze” dopiero przed nami; stąd pytam dyżurnie, czy i na Oszus również rower zatarga? Taki jego plan. Mój plan jest teraz taki, żeby to zobaczyć, uwierzyć, iż da się. Do Oszusa mamy ok. 7 km z trudem jednego, łatwiejszego podejścia pod Pański Kamień (słow. Krkoškula). Wiem, że za chwilę przegoni mnie na zejściu. Ciężar przechylił się na szali. Jego karbonowy góral stał się teraz lżejszym balastem, niżli mój poliestrowy, górski plecak z namiotem. Ale idę. Szybko idę. Czasem wolno zbiegam. Nie upadam.

Kulminacyjne podejście. Jakieś 600 m. Wpierw korzenne, złudnie łagodne. Później inne złudy. Widzę prześwity nieba, jakby znaki końca szczytu zaraz, które zgasłym refleksem świetlnym okażą się wyżej. W połowie wspinaczki rowerzysty nie widzę. Nie dogonię – myślę zrezygnowany. Lecz na najtrudniejszym odcinku, unosząc na sekundę głowę – widzę – pojawił się! Po kolejnym uniesieniu – znów go nie ma. Czy wcześniejsze, mirażem było tylko? Przyspieszam mknąc za mirażem mozolnym krok w krok. Szczęśliwie podłoże suche. Za to pot zalewa oczy kłującym płaczem. Docieram na szczyt. Jest!

Bogumił

Dziś tu wyjątkowo nie pomilczę. 
Po raz drugi wyznaję mu podziw. Przedstawiamy się sobie. Chwilę rozmawiamy. Bogumił potwierdza, co wiem od dawna; Oszus był znacznie trudniejszy w podejściu niż Świtkowa. Dopytuję. Bazę ma w Rajczy. Zboczy jeszcze na chwilę do bacówki na Krawców Wierchu. Tam go już nie dogonię.

Oszus szczytChwilowe rozkminy

Zastanawia mnie, kto zyskałby przewagę na 30 km (jak teraz moja) trasie górskiej; biegacz czy rowerzysta, zważywszy na podobny poziom wytrenowania w swej dyscyplinie i wyścigowe odzienie jednego i drugiego na ciele? Odpowiadam sam sobie – niewątpliwie rowerzysta. Ale też pocieszam sam siebie; przewaga nie byłaby aż tak odległa, jak w przypadku wyścigu żółwia z zającem w nie bajce.

Choć Golgota (nie byłem) przy Oszasie (przypuszczam) to pagórek, schodząc niżej zauważam VIII stację słowackiej drogi krzyżowej na krzyżu. Nie pamiętam jej z uprzedniej wizyty, nie znalazłem kolejnych. Może dopiero powstają w bólach i po dźwignięciu „bólu” pod górę, prócz pocieszenia płaczących niewiast, zaliczę kiedyś „kilka upadków”?

Jeszcze 10 min moim tempem niżej – dziwactwo natury. Drewniana studzienka z daszkiem wytycza początek podziemnego gejzeru strumienia. Temu zaś, wyszukawszy wierzch, trudno zdecydować, które morze ma wybrać. Dylemat Dzielona woda (słow. Delená voda) rozstrzyga sprawiedliwie. Jedna odnoga odnajdzie głębie Morza Bałtyckiego, druga Morza Czarnego. Fajnie jest mieć wybór.

Przełęcz Glinka

Na deser Przełęcz Glinka (słow. Hlinka) i Colinka. Słowacka restauracja na polsko-słowackiej Przełęczy, prócz poniedziałku i wtorku przyciąga tym, co w sąsiedniej kuchni klasyczne. Zaoferuje też najlepszy izotonik w upale po Masywie Oszusa w nagrodę – zimny Radegast 10 z nalewaka. Wybiorę jednak tańszą 12 w butelce. Zaradnym tam właśnie polecam zaopatrzyć się w złoty trunek na przyszłość, albowiem ten w pobliskiej bacówce tylko korporacyjny, dla mnie gorszy w smaku i przez to znacznie droższy w potrwelu.

Nastał trend na stawianie przy szlakach turystycznych darmowych noclegowni transgranicznych. Będąc chwilę później w Beskidzie Niskim, dwie takowe, świeżo postawione zwiedziłem. Poza zamykanym miejscem dla snu i infrastrukturą biwakową, jest tam 24 h, samoobsługowy serwis rowerowy, a nawet gniazda 240V lub porty USB dla telefonu podładowania dedykowane. Tuż obok Colinki wyrosło kolejne, z huśtawką i luksusem pachnących toalet przy. Wszystko świeci i pachnie nowością. Szkoda, że w tym przypadku nazbyt blisko drogi granicznej tuż. 

Dziś jeszcze nie wybiorę dla snu tego przybytku. Za polaną na Krawców Wierchu tęsknię bardziej. 

Za trudem i ciszą kolejnego Oszusa, choćby w innym Beskidzie nawet, pod inną, jednolicie brzmiącą nazwą w recepcie: Lackowa, Busov, Jaworzyna Konieczniańska… – jeszcze bardziej.

*Peter Daniel Wolfkind – Objazd przez Lemberg